środa, 12 marca 2014

#41

Oh Lord,

Uwielbiam moje długie kąpiele,
do tego zapalam sobie świeczki waniliowe i cynamonowe..
Lubie puścić sobie jeszcze muzykę..
Relaks.
Relaks i zapomnienie o całym otaczającym syfie (nie chodzi mi o namacalny bród).

Brakuje mi takiego odpoczynku.
Teraz jak mam się wykąpać to jest istny koszmar.
Jedna noga w górze, 
krzywo leże,
nie można się zbytnio poruszać..
no masakra.

Dzisiaj zaczęłam czytać poleconą przez wujka książkę "Siewca Wiatru".
Z początku nie przekonywała mnie, bo jakoś mroczne fantasy do mnie nie przemawiało.
Ale!
Zaskoczyło mnie to jak bardzo się wciągnęłam w tę książkę.
Czyta się ją gładko,
nie ma żadnych "opisówek" na milion stron,
motyw ciekawy,
mnóstwo walki,
wciągająca historia,
do tego znajdą się i przekleństwa.
Polecam :D

Dzisiaj w sumie nic nie robiłam prócz czytania i zrobienia kilku zadań z Clapeyrona i entalpii (woooah, szaleństwo, bo usiadłam po tylu latach do nauki! sama sobie biję brawo :d  )

BILANS (tylko do 14.03 będzie nadal taki duży):
* sushi 
* świeży sok z jabłka i korzenia imbiru
* zupa krem z pomidora
* 2 bruschetty z mozzarellą, bazylią i pomidorami
* mnósstwwwo wody z limonką
KONIEC.




wtorek, 11 marca 2014

#40

Wracam. Byłam gruba.. ale teraz to już masakra

Troszke mnie nie było.
Pojechałam na 2 dni do mojej kochanej Babci, z którą bardzo lubię przebywać bo,
to Ona mnie rozumie,
to Ona mnie wspierała i nadal wspiera,
to Jej mogę się ze wszystkiego zwierzyć,
to Ona nigdy nie rozpowie innym moich sekretów,
to Ona nigdy nie ocenia mnie z góry,
to dzięki Niej mogę poczuć się wyjątkowo,
to do niej wybrałam się podczas moich pierwszych wagarów,
to właśnie ona jest moją przyjaciółką, siostrą, mamą i babcią w jednej osobie.
Kocham Ją.
Kocham Ją za to, że nie jest jak większość babć.
Ona jest wyrozumiała,
jest ateistką,
słucha starego rocka,
i choć może lata nie dopisują jej figurą,
to jednak  nadal wygląda olśniewająco.
Nigdy nie widziałam jej nie uczesanej,
nigdy nie widziałam u niej siwego włosa,
nigdy nie widziałam jej nie umalowanej.. 
Praktycznie nie ma zmarszczek,
cera blada,
wyglądem przypomina porcelanową laleczkę.
U niej zawsze mogę wypocząć i zapomnieć o wszystkich zmartwieniach i całym znienawidzonym przeze mnie świecie.

Potem wróciłam do domu,
pustego, przepełnionego niczym nie zagłuszającą ciszą,
do moich kochanych książek,
do moich świeżych ziaren kawy,
do mojego wielkiego i zimnego z powodu braku mojej obecności łóżka,
do wszystkich myśli, które najbardziej mnie gnębią kiedy siedzę w domu..
Jest mi ciężko..
ciężko, bo z powodu mojej nogi nie mogę ćwiczyć..
do 14 nie mogę przejść na dietę..
"cudowni" znajomi wydzwaniają do mnie i pytają się kiedy wbijam na jakiś dobry melanż..
do tego wszystkiego odwiedził mnie Krzysiek..
było niezręcznie,
nie wiedzieliśmy jak mamy się zachować bo od naszej ostatniej rozmowy minęło sporo czasu,
czasu nie odzywania się do siebie..
Ale w końcu porozmawialiśmy,
i chyba przyjaźń wróciła,
do tego dowiedziałam się nowinki, która mnie bardzo ucieszyła,
otóż Krzysiek przyznał mi się, że jest chyba bi,
bo przez ostatni tydzień spotyka się z jednym chłopakiem i szczerze wyznał, że nawet mu się on podoba.
Wspaniale,
niech tego chłopak nie schrzani :)

Teraz siedzę w pokoju,
palę..
pierwszy raz zapaliłam w pokoju..
ale dzisiaj załamałam się sobą,
bo cały czas zastanawiam się Co ja dobrego wyprawiam ze swoim życiem?
z roku na rok, zachowuję się coraz gorzej..
wybieram złe ścieżki..
złe wybory..
złe diety..
złe motywacje.. 
wszystko co złe.
Nie mogę patrzeć na siebie..
brzuch? u mnie tego nie można nazwać już brzuchem, to jakaś totalna masakra..
nogi? nie chcę nawet o nich wspominać..
Chcę już zdjąć gips,
Chcę już przestać otwierać drzwi i wpuszczać w swoje życie kolejne porażki.
Chciałabym,
Chciałabym w końcu poznać siebie,
docenić,
przestać wyliczać wady,
pokochać..
Czy to tak wiele?




wtorek, 4 marca 2014

#33

Postanowiłam, że nie będę pisać przez najbliższy tydzień, bo nic ciekawego i tak się nie wydarzy.
Bilansy nie będą należały do najmniejszych.
Ale po tym tygodniu coś wymyślę..

I choć nie będę nic pisać, to i tak będę do was zaglądać :)
Trzymajcie się i poćwiczcie coś za mnie,
buźka <3

p.s dzisiejszego bilansu nie pisze, bo szkoda słów.. o wiele, wiele, wiele za dużo zjadłam






poniedziałek, 3 marca 2014

#32

Wszystkie moje plany idą w odstawkę..

Przez moją cholerną nogę nie mogę nawet być na wyznaczonej diecie Green Smoothie (bynajmniej do powrotu mamy).
Mój Tata jest szefem kuchni i powiedział, że przez 2 tyg. będzie do mnie przyjeżdżać i gotować mi.. Zachwycona jego pomysłem to ja nie jestem, bo nie będę nawet miała jak wymigać się od jedzenia.
No ale może jakoś to przetrwam..

Z jednej strony cieszę się, że codziennie będzie mnie on odwiedzać.. bo wiem, że nie zrobię żadnej domówki.. a co za tym idzie, nie będę brała żadnych niepotrzebnych mi do życia rzeczy oraz nie będę piła.. więc mój organizm w końcu wypocznie i zregeneruje się. 

Ledwo co skończyły mi się ferie, i znowu będę wolna od szkoły przez 2-3tyg. (yeeah, Tata zadzwonił do szkoły i legalnie, bez żadnych wagarów, mogę sobie siedzieć w domu)

Hmm, matura za 2miesiące.. a ja ani razu jeszcze nie usiadłam do nauki.
Do tego wszystkiego nawet nie mam żadnych notatek, bo jak już dotrę do szkoły.. to zamiast notować, wolę sobie czytać własne książki.
Najgorsze jest też w tym wszystkim to, że ja w ogóle nie stresuję się nią(!)
Jest mi obojętna tak jak cała szkoła..
To nie dobre podejście, muszę coś z tym zrobić.

Wiem, że teraz moje bilansy będą mega duże, ale muszę coś wymyślić aby im zapobiec ;)
BILANS:
* świeżo wyciśnięty sok z marchwi
* 2 plastry rolady szpinakowej z wędzonym łososiem
* grillowany stek z tuńczyka, szparagi i pieczone ziamniaczki
* kawa
* woda z pomarańczą
* pół croissant'a





Buźka :*

#31

Dzień 3
Udany/ nieudany dzień.

Dzisiaj był dzień w którym od rana do wieczora miałam spędzić z Tatą- bardzo lubię takie dni kiedy przebywam sama z rodzicami i choć jest ich mało to jednak z każdej takiej chwili jestem mega szczęśliwa :)
No i tak..
Na samym początku poszłam z Tatą sobie pospacerować po Łazienkach. Bardzo lubię długie przechadzki, bo wtedy można sobie spokojnie porozmawiać, pośmiać się, powygłupiać, pokarmić kaczuchy (! :D ).. no i oczywiście jak to mój Tata- trzeba było zrobić masę zdjęć.
Kurczę, szkoda że nie zgrałam sobie zdjęć od Taty. Bo dzisiaj w Łazienkach chodziła sobie prześliczna sarenka, do której spokojnie można było podejść i pogłaskać, a ona nic a nic się nie bała. 
Była prześliczna <3
Następnie wybraliśmy się na trip po sklepach, i jak uwielbiam zakupy.. tak dzisiaj nic mi nie wpadło w oko (poza jedną koszulą z Zary, ale wyglądałam w niej tak okropnie i grubo, że sobie ją darowałam)
Potem mój Tata zgłodniał i chciał iść do restauracji na dobre jedzonko, lecz nie śpieszyło mi się lecieć jeść, bo znając mnie to na deser wzięłabym ogromną ilość słodkości, więc namówiłam go na jeszcze kolejną rundkę spacerku.. tym razem po Starówce.
I tutaj.. był ten "nieudany" moment dnia..
Na starówce jest miejsce, gdzie pomiędzy dwoma pięknymi starymi budynkami jest wąskie przejście (oczywiście są to schody)
Nie wiedzieć czemu..
Nie wiedzieć w jaki sposób..
Nie wiedzieć dlaczego..
ale jakoś niefortunnie musiałam postawić stopę schodząc, i niczym pierdoła.. bez żadnej gracji.. -upadłam, i na dodatek zjechałam leżąc kawałek po tych beznadziejnych schodkach (musiało wyglądać to mega komicznie i żenująco)
Leżałam i śmiałam się, a mój Tata z uśmiechem na twarzy i przerażeniem w oczach próbował mnie podnieść.
Lecz nagle,
uderzyła mnie fala gorąca i przenikliwego bólu od stopy aż po udo,
w kilka chwil moja kostka była tak napuchnięta, że nie mogłam nawet stanąć.
Więc wybrałam się z Tatą zamiast do restauracji, to do szpitala.
Okazało się, że mam złamane śródstopie z przemieszczeniem paliczków..
I gips będę musiała  nosić przez calutki miesiąc..
Taki cudny koniec dnia (o ironio!)

Wracając ze szpitala pojechałam do Taty obejrzeć film, a następnie odwiózł mnie do domu.

Tak pokrótce wglądał mój dzisiejszy dzień.
Co do mojego planu ćwiczeń- to nici z nim. Muszę przełożyć go na za miesiąc(!)

Jeśli chodzi o dzisiejszy bilans, to niestety zawalony (i to bardzo- ale dzisiaj nawet się nim nie przejmuję):
* Green Smoothie (wypity rano)
* Gofr z truskawkami i cukrem pudrem (zjedzony na starówce)
* Kawa i precel (wypita i zjedzony podczas przechadzki po Łazienkach) +dziabnęłam gryza kajzerki dla Kaczuch
* Łosoś w ziołach i brokuły (zjedzone u Taty)
* Zupa krem ze świeżego ogórka z groszkiem ptysiowym (to też Tata mi zrobił)
* Kawałeczek sernika i kilka m&m'sów z orzechami (również zjedzone u Taty)
* do tego dużo wody z limonką
Plusem dzisiejszego dnia jest też to, że nie wypaliłam ani jednego szlugasa (i nawet o nim nie pomyślałam przez chwilę ;D )

Dzisiaj pierwszy raz od bardzo dawna i pomimo bólu związanego ze złamaniem, byłam radosna i uśmiech nie schodził mi z twarzy :)
Buziaki :*





sobota, 1 marca 2014

#30

Dzień 2
Czy trudno jest docenić drugą osobę?

Smutny dzień, ale wciąż wierzę że nadejdą dni w których będę szczęśliwa..

Dlaczego?
Dlaczego nie mogę być jak mój brat? wzorowa, bez żadnych wad?
Dlaczego pomimo wszelkich starań, sukcesów, bycia najlepszą.. nigdy nie jestem doceniania?
Dlaczego nigdy nie usłyszałam od rodziców Jesteśmy dumni. / Jak cudownie mieć taką córkę jak Ty. / Brawo Kochanie, jesteś najlepsza. / Jesteś cudowna......
Choć nie jestem perfekcyjna jeśli chodzi o wagę,
to jednak zawsze we wszystkim innym byłam na podium.
nie ważne czy to w pływaniu, jeździe konno, gry na pianinie, nauce, śpiewie, olimpiadach... itd...
Zawsze jak za coś się brałam, to wygrywałam bądź byłam jedną z 2 najlepszych osób.
Pomimo, że nowe rzeczy przychodzą mi bez trudu,
to jednak nigdy nie usłyszałam żadnej pochwały.
Co mi po rzeczach materialnych, ubraniach, najnowszych gadżetach..
skoro mi to nie jest do szczęścia potrzebne.
Nie jestem osobą pyskatą.. nigdy nie byłam.
Savoir- vivre- nigdy nie miałam z nim problemów.
Wszyscy w koło dostrzegają we mnie coś z "idealnego człowieka".. wszyscy tylko nie rodzina.
Jestem gorsza bo co? 
-bo nie chodzę do szkoły? mam same 4 i 5 (poza polskim), choć w szkole mam tyle nieobecności, że ocena z zachowania jest paradoksalnie niepasująca.. ale pomimo tej nagany wygrywałam konkursy szkolne (teraz już nawet do nich nie podchodzę, bo po co?)
-bo nie chcę być prawnikiem jak mama? mój brat już zaczął studiować prawo.. ja jednak wolę farmację.
-bo często wychodzę z domu? albo jak jestem to całe dnie mogę przesiedzieć na czytaniu?.. oczywiście, że wolałabym porozmawiać z mamą.. ale ona nigdy nie ma czasu na dłuższą rozmowę.
-bo nigdy nie kłóciłam się z rodzicami? jestem osobą, która nie uważa kłótni za prawidłowe rozwiązanie. Poza tym moi rodzice nigdy nie krzyczeli ani nie dawali szlabanów mnie i mojemu bratu.. nie ważne co bym głupiego zrobiła i jak bardzo nabroiła, to nigdy nie było żadnej przemocy fizycznej ani psychicznej...
-bo jestem osobą, która zawsze powie co ją boli? lecz pomimo tak szczerych wyznań, nigdy nie było żadnych postępów w tym kierunku
-bo od trzech lat mam tunele? wydaję mi się, że to nie w tym rzecz. Moi rodzice są bardzo tolerancyjni.

Każdy z moich znajomych uważa, że mam cudowne życie.. wspaniałe mieszkanie.. najlepsze ubrania.. że mogę robić co tylko chcę.. bez żadnych kar...
Być może i fajnie to brzmi.
Ale zastanawiając się dłużej, to żadna najdroższa i najwspanialsza rzecz nie zastąpi pustki..
Pustki, która wciąż czeka aż wypełnią ją rodzice.

Nie wiem.. nie wiem czemu nigdy mnie nie dostrzegają.
To smutne, że mając "niby" wszystko.. jednak nie ma się nic.
Bo każdy z nas chciałby chociaż jeden raz usłyszeć dobre słowo od kogoś na kim mu zależy.
Kocham moich rodziców.
Lecz czasami będąc w pełnym domu, czuję się jakbym w nim była całkiem sama...


Dziś znowu się nie zważyłam ani nie zmierzyłam, bo nie wyszłam po nową wagę (a bez niej nawet nie chce łapać się za centymetr)
Ćwiczenia zrobilam rano.. i podczas 51min spalania, musiałam zrobić sobie dwie przerwy, bo mało co płuc nie wyplułam. I pewnie jutro będą mega zakwasy (ale to dobrze, bo wtedy czuję że naprawdę coś poćwiczyłam)



BILANS:
* sałatka z marchewką i chrzanem
* 6 Green Smoothie (baby szpinak, seler, kiwi, pomarańcza, banan, mięta, baby marchewka)


piątek, 28 lutego 2014

#29

Dzień 1
Dzisiaj opiszę moje dwa wyzwania "1" i "2".

"Wyzwanie 1"
Polega ono na tym, że do danego dnia przypisane są literki (A-G), które oznaczają konkretny filmik ze spalaniem kcal. ;dodatkowo oprócz intensywnego spalania tłuszczyku będę codziennie robić po 1 lub 2 ćwiczonka na daną partię. Co cztery dni będę robić przerwę :)

Ćwiczenia:

Treningi na poszczególne partie ciała (będę sobie wybierać):
2. brzuch
3. nogi


"Wyzwanie 2"
Tutaj skupię się bardziej na brzuchu, udach i pośladkach.
I znowu są literki, które opisują konkretny zestaw ćwiczeń :)
A co 4 dni robię przerwę.


G- zestaw na dzień G


Obudziłam się o 16, gdzie to w ogóle do mnie nie podobne bo należę raczej do osób cierpiących na bezsenność i śpię tak po 3-4h.
Ale najwidoczniej mój organizm po ostatnich dniach był nad wyraz wykończony i dobrze mi zrobiło takie dłuższe lenistwo w łóżku.
Idąc do kuchni, zauważyłam kartkę powieszoną na lodówce "Córcia nie mogłam Cie obudzić. Wyjeżdżam do Luksemburga i wrócę za 2tyg. Buzi i kocham Cię :) "
Echh... znowu. Znowu moja mama wyjeżdża sobie i mnie nigdzie nie zabiera. Choć kilkakrotnie pytałam się jej Dlaczego nie weźmie mnie ze sobą?  To jej odpowiedź brzmiała, że mam szkołę, że matura, że muszę się uczyć, że dopiero na wakacje sobie wyjadę gdzie tylko będę chciała... 
No cóż. Kiedyś i ja będę sobie tak często wyjeżdżać gdzie i kiedy tylko będę chciała.
Tak też, znowu mam wolne mieszkanie na całe dwa tygodnie.
Znając mnie to chciałabym spędzić ten czas w ciszy i relaksie.
Lecz wiedząc z kim się teraz zaczęłam zdawać, to pewnie będzie dwu tygodniowy melanż. A co za tym idzie, kolejna destrukcja.
Na chwilę obecną nie chcę tego, ale nie wiem co mi przyjdzie do tej bezmyślnej głowy jutro.

Jeśli chodzi o ważenie i mierzenie, to niestety ale waga dzisiaj się zepsuła, więc muszę przenieść to na jutro.
Ćwiczonka zrobię sobie koło 21.
Jeśli chodzi o Green Smoothie to na chwilę obecną wypiłam 1 (i zjadłam kilka różyczek brokuła). Ale do wieczora liczba się zapewne zwiększy :)


#28 Powrót na ścieżkę perfekcji

Wracam. Choć było źle, jest źle.. ale kiedyś będzie dobrze. Prawda?
Zawaliłam..
Schrzaniłam..
Spierdoliłam...
Znienawidziłam..
Obrzydziłam..
Utraciłam..
Zagubiłam..
Uległam..

Przez ostatnie dni,
obżerałam się. dlaczego? -nie wiem.
Paliłam ile tylko mogłam.. a co z płucami? -w dupie je miałam.
Żarłam cały czas, nie robiąc żadnej przerwy od jedzenia...
czy zdrowe rzeczy?
odpowiedź prosta- nie.
Czemu nie przestałam jeść?
nie dało się. próby na nic.. samoistne sięganie i wpychanie do gardła.. nie zwracając uwagi na smak.
Piłam, bo brak kontroli nad samą sobą, sprawiał ból nie do zniesienia...
Brak przytomności?
zdarzyło się dwa razy.
Szpital
na szczęście/ nieszczęście- nie.
Wygląd?
tłuste, wielkie, cielsko.. tak ogromne, że boję się wejść na wagę.
Samookaleczenie?
doszło i do niego.
Znajomi?
starych powoli tracę. nowi nie należą do śmietanki towarzyskiej.
Wspomnienia?
próbowałam zapomnieć o utraconym przyjacielu.. lecz nie da się.
próbowałam zapomnieć o wszystkich niefortunnych wydarzeniach.. lecz nie da się.
próbowałam zapomnieć o wszystkim.. lecz nie da się.
Co na to rodzina? -nic nie wie, wyjechałam do koleżanki na ferie.
Z każdym dniem upadałam coraz niżej..
nie wiedziałam jak mam przestać.
przerastało mnie to.
próbowałam walczyć. nieskutecznie.
rozpacz się pogłębiała.
początki depresji?
ostatnie dni dowodzą na to, że tak.
tabletki?
znowu się z nimi zakumplowałam. dlaczego? -bo one nie ranią.
słabość.. słabość.. słabość..
bezsilność.. rzygam nią!

Przez ostatnie dwa tygodnie byłam w okropnym stanie psychicznym.
Picie, jedzenie, palenie, prochy.. wszystko na zmianę.
Myśli samobójcze zakrzątały moją głowę.
Dlaczego nie potrafię panować nad własnym ciałem i umysłem?
Dlaczego tak wszystko mi opornie idzie?
Dlaczego muszę żyć w swoim bezkształtnym i potwornym ciele?
Dlaczego nie mogę żyć normalnością?
Dlaczego znowu przekroczyłam linię? linię która chroniła mnie abym znowu nie wchodziła w żadne bagna
Gdzie zdrowy rozsądek?
Dlaczego jestem tak bezsilna?

Jedzenie.. to wróg.
Jedzenie.. to przez nie psychika podupada.
Jedzenie.. bez niego świat byłby lepszy.
Jedzenie.. nie zasługuje, na żadne pochwały.
Jedzenie.. to ono sprawia, że wygląda się jak największe paskudztwo.
Jedzenie.. czemu nie możesz być jak woda?



Było ze mną źle.
Ale rozsądek wraca.. powoli.. ale wraca.
Chcę znowu zacząć się odchudzać.
Rozpocząć prawdziwą walkę, w której nie poddam się.
Głodzenie? -chciałabym. Ale nie.
Ćwiczenia? -kocham je. ale ostatnie dni wyniszczyły mój organizm. więc będzie mi ciężko.
Słodycze? -nie wiem co to jest.
Woda? -moja nowa przyjaciółka, która nigdy mnie nie opuści.
Smutek? Użalanie się? Dół? -chcę się od nich wyrwać.
Depresja? -z każdym kilogramem mniej sama odejdzie.
Udawanie kogoś innego? -haha! o nie nie nie!

Choć upadłam nisko, to dzisiaj rozpoczynam drogę, która pomoże wstać mi na równe nogi.
Nie poddam się i nie ulegnę.
Będę silną osobą! -może nie nastąpi to szybko, ale kiedyś to nadejdzie.
Będę szczupła!
Będę szczęśliwa!
Będę spełniona!
Będę sobą!
Będę chciała żyć..


Od jutra rozpoczynam wyzwania:
*2 tyg. bez słodyczy
*30 dni pijąc tylko Green Smoothie (w tabelce będę zapisywać ile wypiłam w ciągu dnia)
*30 dni przysiadów i deski
*30 dni wyzwania 1  i  wyzwania 2 (o których napiszę jutro)
*30 dni budzenie się z uśmiechem na twarzy (to chyba najtrudniejsze zadanie....)

Jutro również zmierzę się z wagą oraz sprawdzę swoje wymiary.


"nie ważne ile razy upadasz, ważne ile razy się podnosisz"

piątek, 14 lutego 2014

#15

14 luty
Dzień nie rozpoczął się dobrze.
Mama przyszła do mnie z samego rana, przynosząc mi śniadanko.
Stosik przepysznie pachnących i jeszcze cieplutkich pancakesów, polanych słodziutką, lśniącą nutellą, na wierzchu rozrzucone ścięto skośnie plasterki świeżego banana i do tego wszystkiego posypane kolorowymi czekoladowymi m&m'sami z orzeszkami w środku..
Niestety, ja tak ich nie widziałam.. dla mnie były stertą tłuszczu w przeróżnej postaci.
Zemdliło mnie na sam ich widok.
Ale nie chciałam ranić mamy, więc podziękowałam jej, a kiedy tylko wyszła z pokoju nie dziabnęłam ani kawałka.. nie mogłam się przemóc.

To nie wszystko,
dzisiaj miał być babski wieczorek z tequilą, który z koleżankami robimy sobie od jakiegoś czasu.
Rano napisałam im, że nie pojawię się, bo mam mega gorączkę (skłamałam)
Nie chciałam tam iść.. ilość kalorii jakie bym tam w siebie wlała.. przeraża mnie.
To mój pierwszy raz od bardzo dawna kiedy odmawiam jakiegokolwiek wyjścia, spotkania się ze znajomymi i wypicia.
Ale no cóż, kilka dni temu obiecałam sobie że kończę z piciem.
Tak też wdrażam to postanowienie w życie..

Nie koniec..
Od rana również wydzwania do mnie Krzysiek.
Nie odbierałam.
Nie chciałam rozmawiać z nim w walentynki.. to nie najlepszy dzień..

Tak też chcąc się odizolować od świata, wyłączyłam telefon.
Dzisiaj ochotę mam tylko na swoje własne towarzystwo..

Nic nie poćwiczyłam, a jeśli chodzi o bilans zjadłam taką samą sałatkę jak wczoraj.




Ogólnie nigdy nie podziękowałam Wam za te wszystkie miłe słowa.
Dziękuję :)
Dziękuję, że chce Wam się czytać te moje wypociny i za to że mnie wspieracie.
Naprawdę dziękuje Wam wszystkim :*


czwartek, 13 lutego 2014

#14

Bo wszystko siedzi nam w głowie.
Dzień przeleżałam w łóżku, wpatrując się w jeden daleki punkt w pokoju.
Oczy wyglądające jak pełne szklanki wody..
W tle muzyka klasyczna.. dzisiaj padło na Schuberta 
Myśli o tym jak wczorajszy dzień na mnie wpłynął..
Nie chciałam jeść.. nawet nie czułam głodu
Ale rozum podpowiadał mi abym coś dziabła.. 
Nie ważne co, może być to jabłko.. kanapka.. cokolwiek
Wszystko byle by nie zaburzyć metabolizmu.
Ale ciało odmawiało.
Zrobiłam sobie sałatkę z mandarynką, ciemnym winogronem, kiwi i bananem..
Była bez żadnego jogurtu naturalnego.. same owoce (istna bomba cukrowa)..
Podchodziłam do niej z 6 razy, i za każdym razem patrząc na nią czułam wstręt.
To okropne.
W mojej głowie są same liczby.. 
Zaczęłam patrzeć na wszystko jak na same kalorie, od których uciekam, aby mnie nie zraniły swoimi szponami.
Doszło do tego, że zaczęłam doszukiwać się jakichkolwiek kalorii w wodzie(zastanawiałam się o istnieniu nanokalorii)..
Frustracja.
Ale zjadłam w końcu sałatkę.
Nie smakowała mi.. jakoś nie potrafię na dzień dzisiejszy cieszyć się z jedzenia..
A wczoraj tak nie było...
Czy to możliwe, aby w przeciągu jednego zasranego dnia, zmienił się cały mój pogląd?
Nie mogę uwierzyć, że słowa ciotki tak na mnie wpłynęły..




BILANS:
* sałatka (233kcal)

     ^ czerwone winogrono- 50kcal
     ^ kiwi- 42kcal
     ^ banan- 114kcal
     ^ mandarynka- 27kcal
* czysta woda
KONIEC.

Nie wypiłam nawet kawy.. bo kalorie.
Paliłam... bo tylko to sprawi, że schudnę..

#13

Zjazd rodzinny.
Dziś po powrocie ze szkoły przywitały mnie ciotki. Byłam zdziwiona ich przybyciem, bo mama nic mi nie wspominała o ich przybyciu.
Od razu na dzień dobry otulił mnie rozpływający się, aromatyczny i nieziemsko kuszący zapach z kuchni.
Nie chciałam tam wchodzić, bo wiedziałam co za zmory się tam czają w postaci ciast, makaronów, pierożków, ryb, warzyw, ciasteczek, lodów, cukierków, lizaków, batoników, słodkich ziemniaczków, sałatek, krokiecików, fasolki z bułką tartą, kopytek, kiszonych ogóreczków, szpinaku w sosie serowym, lasagne ze szpinakiem, brokułów, cannelloni, babeczek etc..
Nie chciałam tam wchodzić, bo wiedziałam, że rzuciłabym się na te pyszności w mgnieniu oka. Pochłonęłabym wszystko jak czarna dziura..
Dlatego tylko przelotnie, przechodząc obok zajrzałam i przywitałam się z ciociami i wujkiem, który to akurat podjadał te wszystkie smakowitości.
W salonie przywitali mnie kuzyni i kuzynki oraz babcia z dziadkiem.
Naprawdę byłam zdezorientowana, dlaczego tyle rodziny w środku tygodnia odwiedziło nasz dom. Okazało się, że dzisiaj były urodziny babci (o których na śmierć zapomniałam).
Nie byłam w nastroju na rodzinne 'imprezki', ale cóż musiałam przeboleć ten dzień.

Kiedy to powoli uśmiech powracał na moje usta, jedna z cioć wypowiedziała słowa, dzięki którym moja frustracja, dół, załamanie, obrzydzenie samym sobą osiągnęło apogeum.
W tonacji jej głosu wyraźnie słychać było jej zdegustowanie
"O jejku, masz dzisiaj tak grube spodnie założone, czy jak? Dziecko może przejdź na jakąś dietę, poćwicz troszkę, bo uda to masywne Ci się zrobiły. Pamiętam jak niecały rok temu wyglądałaś jak istna modelka.. A teraz? Nie przeczę, że jesteś gruba, ale troszkę zdrowego ruchu nie zaszkodzi" 
... plus minus, tak brzmiały jej słowa. Niby nic, ale to jak ona je wypowiadała.. jak zjeżdżała moje ciało tymi swoimi demonicznymi oczami..
Na domiar złego doszły jeszcze (niby niewinne) żarciki kuzynów.
Tymi słowami sprawili, że cały dzień przesiedziałam w pokoju.. nie mogłam powstrzymać łez, płakałam i czarne myśli zaprzątnęły moją głowę.
Nie zjadłam nic.. wypiłam tylko 3szklanki czystej wody.
W mojej głowie nie ma już nic.. prócz jak najszybszego pozbycia się kilogramów.
Miałam się nie głodzić..
Lecz nie mogę nic zjeść. Nie mogę patrzeć na jedzenie..
Jego cudowny zapach w którym można było się rozpłynąć, zamienił się w kłujące igły, których za wszelką cenę unikam.
Chcę uciec od jedzenia. NIE ZNOSZĘ GO!
Nie po tym co dziś usłyszałam.

 

Nie umiem przelać myśli i uczuć jakie mną targają.
Nie umiem..
Chcę tylko płakać.. odciąć sobie ten cały obleśny tłuszcz z ud..
Chcę tylko leżeć.. pójść spać.. nie koniecznie musząc się obudzić..



wtorek, 11 lutego 2014

#12

Dlaczego?!?!
Dzisiaj zerwałam się ze szkoły z moim przyjacielem. Tradycyjnie wybraliśmy się do naszej ulubionej kawiarni w samym centrum, lecz jest tak mało znana że praktycznie nikt do niej nie zagląda. W środku jest wspaniale, cudowny włosko- stary klimat, fantastyczne wypieki (bajgle, ciasta, tarty, sandwiche, etc), w tle przeważnie jazz, mnóstwo gier planszowych do wyboru (osobiście lubię od czasu do czasu zagrać sobie w scrabble- nie skromnie mówiąc wygrywam ze wszystkimi). Jest miło, relaksująco, smacznie i nie drogo.
Spędzając ze sobą czas zawsze się śmiejemy, rozmawiamy i bardzo dobrze się nawzajem rozumiemy. Oczywiście zdarzają się i takie dni kiedy wystarczy nam tylko najzwyklejsza cisza, bądź gdy któreś z nas ma problem to zawsze siebie wysłuchamy i wesprzemy na duchu, zarzucimy radą albo opieprzymy za zrobienie czegoś co było kompletnym bezsensem.
Dzisiejszy dzień rozpoczął się cudownie, lecz jego środek nie był już tak usłany różami...
..Razem z Krzyśkiem wspominaliśmy sobie naszą wspólną przypałową historię, śmialiśmy się w najlepsze i o mało co nie pękliśmy z tej radości. W pewnym momencie jego śmiech zamienił się w uśmiech.. zaczął się we mnie wpatrywać jak w obrazek.. nic nie mówił.. atmosfera zrobiła się nadzwyczaj krępująca. Dla rozluźnienia jej próbowałam tę ciszę zagadać, lecz nie wychodziło mi.  
I kiedy wziął mnie za rękę (wiedziałam że to nie skończy się niczym dobrym), 
powiedział mnóstwo komplementów (nie obeszło się bez wspomnieniu o wadach, które to sprytnie zamaskował kolejnymi dobrymi słowami).. 
Ja w tym momencie wiedziałam już co się dalej wydarzy.. Miałam tylko (nikłą) nadzieję, że nie wypowie tej starej jak świat formułki..
I STAŁO SIĘ! zadał te nieszczęsne i niszczące nawet najwspanialsze przyjaźnie pytanie, Czy zostanę jego dziewczyną?
Mój uśmiech spadł w mgnieniu oka, 
wszystkie myśli pouciekały, 
wzrok spuszczony w kawę... 
nie wiedziałam jak mam mu odpowiedzieć, żeby nasza przyjaźń wciąż trwała (choć z góry wiadomo, że po takim wyznaniu- nigdy ona nie będzie już taka sama)
On czekał, aż wykrztuszę jakieś słowa.
W końcu odpowiedziałam mu (tak w dużym skrócie i inaczej sformułowane: że nie możemy zostać parą, bo kocham go, szanuję i dałabym odciąć sobie za niego rękę- To jednak jest dla mnie jak rodzina.. że po tych wszystkich wspólnych latach, po tych wszystkich zwierzeniach, po wzlotach i upadkach, te wszystkie minuty, godziny, dni, miesiące, lata.. one wszystkie sprawiły że choćbym nie wiem co, to jednak zawsze już w moich oczach będzie przyjacielem, bratem. do którego mogę zwrócić się z prośbą, pomocą i nie zostanę wyśmiana przez to jakiej to bym głupoty nie zrobiła.. naprawdę był, jest i będzie dla mnie ważną osobą..
Rozmawialiśmy jeszcze przez niecałe 20min, i wróciliśmy do domów.. Wracając łzy lały mi się strumieniami, myślałam o tym wszystkim.. zastanawiałam się jak by to wyglądało gdybym się zgodziła.. (przecież prędzej czy później rozstalibyśmy się i z pewnością zerwali kontakt- w sumie, teraz też pewnie już jest po naszej przyjaźni.. więc której to bym ścieżki nie obrała.. to zawsze wyszło by na to samo)
Krzysiek.. to mężczyzna idealny, wysoki, przystojny, brunet, znający się na modzie, umięśniony i dbający o linie (ćwiczył kick-boxing, grał w ręczną, w nogę, chodzi na siłownię- ale nie jest takim wielkim typowym schabem), inteligentny (chce iść na prawo), dowcipny, towarzyski (z każdym się dogada), troskliwy, bywa i romantykiem, muzyk (miał swój zespół, gra na gitarze, pianinie, perkusji- jedynie śpiew mu nie wychodzi, jest w tym tak kiepski, że to poezja), wszystkie dziewczyny na imprezach zawsze piszczały za nim.. ale on nie lubi typowych tępych dziewczyn bez żadnych planów na przyszłość..
No chłopak marzenie, z wad to wymienię tylko, że jak się z nim pokłócisz, to bardzo ciężko jest później wszystko naprawić (wręcz jest to na granicy z niemożliwym)
Gdybym z nim była, to mogłoby się wydawać- że to związek idealny. Ale w związku potrzebna jest nuta tajemniczości, a my.. my wiedzieliśmy o sobie bardzo dużo, w niektórych sprawach to stanowczo za wiele.
Echh, nie wiem jak to się potoczy..
Cały dzień przepłakany..
Czyżbym znowu straciła ważną dla mnie osobę?
Dlaczego nie mogę żyć tak jak normalny człowiek, mający przyjaciela, kumpli, być szczupła i cieszyć się z życia.. ?
U mnie zawsze wszystko idzie pod górkę.. wszystko poza nauką...



BILANS:

* kawa
* papierosy
* paczka jeżyków kokosowych- 679kcal
* 2 kanapki z Almette jogurtowym- ok. 260kcal
RAZEM: 939kcal
Co do ćwiczeń do poćwiczyłam sobie rano.

poniedziałek, 10 lutego 2014

#11

BILANS:
* banan- 114kcal
* woda z cytryną
* sushi- ok. 420kcal
* 2 jogurty aero- 186kcal
* mleko + fitness jogurtowe- ok. 160kcal
* mały kawałek marcepanu- 34kcal
* danonek pitny truskawka- 87kcali
* 4 kostki białej, kokosowej czekolady- 472kcal
RAZEM:  1473kcal

Dziś sobie pofolgowałam z jedzeniem.
Nic nie poćwiczyłam..
Ogólnie dzień nie należał do udanych..

#9 #10

Mroczna przeszłość już na zawsze pozostanie w nas...
Ach, impreza była bardzo udana! Myślałam, że będzie tam z kilka osób, lecz się myliłam. Było z 80! Nawet nie poznałam wszystkich, a o imionach nie wspomnę.
W pewnym momencie poznałam Kamilę, Piotrka, Maćka (albo Pawła) i Mateusza(?).. wszystko było dobrze, piliśmy, śmialiśmy się, tańczyliśmy.. wszystko było fajnie dopóki jeden z chłopaków nie wyjął Oksykodonu. Byłam zdziwiona, bo ten lek opioidowy (czyli narkotyczny) w Polsce jest niedostępny (nawet na receptę jest go trudno zdobyć). Spytał się nas czy chcemy po tabletce. I tu zaczął się horror w mojej głowie..



   ..może w skrócie powiem, że jeszcze rok temu byłam lekomanką.. byłam nią od bardzo dawna lecz nigdy nie dawałam po sobie tego poznać.. zaczynałam od zwykłych leków przeciwbólowych, po te na receptę i kończąc na próbowaniu różnych ekstaz.. przeczytałam mnóstwo książek, artykułów.. miałam (i do tej pory mam) bardzo dużą wiedzę na temat leków; interesowały mnie i nadal z chęcią zdobywam to nowe wiadomości o nich... ale pomimo tego, że znałam ich właściwości, działania niepożądane, dawkowanie.. to brałam je bez opamiętania.. brałam je dopóki moje serce nie wytrzymało.. przeleżałam w szpitalu sporo czasu, dużo osób zaczęło myśleć o mnie jak o ćpunie, zawiodłam rodziców, bo z doskonałej córeczki która nigdy nie wpadała w kłopoty i dobrze się uczyła zrobiła coś tak bezmyślnego (często mówili mi: po co? dlaczego? że jestem taka młoda.. że przecież od zawsze dostawałam to czego chciałam.. że w rodzinie zawsze wszytko się układało.. etc..).. ech, szkoda słów.. przez długi czas w domu nie było żadnych lekarstw (nawet głupiego apapu czy polopiryny).. Nikt nie chciał mi uwierzyć, że to już za mną i nie powtórzę tego błędu.. Naprawdę, zdałam sobie sprawę, że to nie było i nie jest mi potrzebne.. Moja mama do tej pory nie jest przekonana do mojego kierunku studiów, wielokrotnie podsuwa mi to nowe pomysły (wszystko byle nie farmacja), boi się o mnie.. boi się, że znowu zrobię jakąś głupotę... ale ja nie wyobrażam siebie w żadnej innej dziedzinie nauk.

Ale wracając.. Oksykodon jest pochodną kodeiny, która to jest pochodną morfiny.. i od długiego już czasu myślałam o tym leku, chciałam go kiedyś spróbować.. i proszę bardzo! sam do mnie przyszedł!.. oczywiście zgodziłam się, dostałam 2 tabletki. Ale w tym czasie zawołał mnie mój przyjaciel- Krzysiek. więc schowałam je do kieszeni i pognałam do kumpla.
Impreza trwała w najlepsze.. a ja biłam się z myślami o tych małych, demonicznych i złowieszczych pigułkach siedzących w mojej kieszeni.. uwierzcie mi, że chciałam je wziąć, ale racjonalne myślenie mówiło mi, żebym nie wchodziła od nowa w to bagno..
Wróciłam do domu. Tabletki schowałam sobie do szkatułki. Nie wezmę ich. O NIE! Definitywnie kończę z lekami..

Ten mały ale zarazem wielki sukces, podniósł mnie troszkę na duchu. I teraz już wiem, że moja mroczna przeszłość, już na zawsze pozostanie tylko i wyłącznie przeszłością





Doszłam również do wniosku, że muszę zakończyć picie.. bo nigdy nie zdobędę mojego celu w postaci 50kg.

Jeśli chodzi o bilans, to sama nawet nie chce znać ile kalorii pochłonęłam.

Trzymajcie się mocno, a ja uciekam spać bo wróciłam godzinkę temu i jestem padnięta.
Buziaki :*


piątek, 7 lutego 2014

#8

Imprezę czas zacząć!
Dzisiaj pojawiłam się w szkole tylko na 1 lekcji aby zaliczyć sprawdzian z matmy, i wróciłam do domu. Po powrocie rzuciłam się na łóżko i wzięłam się za czytanie książki. Moim planem na dziś było cieszenie się ostatnim dniem swobody, ciszy i wspaniałego spokoju w puściutkim domu.. całym tylko i wyłącznie dla mnie; gdyż jutro wraca moja mama.

Przed chwilą dostałam zaproszenie na imprezę, która będzie na działce kumpla. Jadę tam na cały weekend. Cieszę się,  bo to kolejne dni spędzone w gronie ludzi z którymi dobrze się bawię i dzięki nim zapominam o tych ponurych czartach, które z apteczną precyzją wyniszczają szczątki mojego entuzjazmu.

Tak też lecę się szykować!
Trzymajcie się Kruszynki. Buźka :*





BILANS:
* kawa
* Green Smooothie
* duże jabłko
* 2 łodygi selera naciowego
(mam nadzieję, że to będzie koniec na dziś)

czwartek, 6 lutego 2014

#7

Hello Green Smoothie!
Obudziłam się sama z siebie o 4:23, powierciłam się chwile lecz zasnąć już nie mogłam. Postanowiłam, że poleżę sobie w wannie. Nalałam ciepłej wody, dodałam olejku lawendowego, zapaliłam sobie świeczki.. I choć wydawać by się mogło, że podczas tej kąpieli byłam zrelaksowana. To jednak tak nie było. Po 30min. postanowiłam wyjść, bo nadmiar energii mnie wręcz roznosił. Wzięłam się za ćwiczenia. Tak! to było coś co sprawiło, że uśmiech na twarzy pojawił mi się natychmiast. Poćwiczyłam niecałą godzinkę, potem szybki prysznic.. i na zakończenie poranka zrobiłam sobie kawuchę z którą jak co dzień wyszłam na taras aby zapalić Marlboro mentholowe.

Dziś byłam w szkole! Szok! Jakoś od dawna miałam do niej strasznie nie po drodze.. Napisałam sprawdzian z chemii, do którego oczywiście ani razu nie usiadłam, ale myślę że dostanę 5 lub 4, bo ten przedmiot uwielbiam i nie mam z nim żadnych kłopotów.

Po szkole przyszedł czas na zjedzenie czegoś (koniec z głodówkami- bynajmniej postaram się aby tak było). Więc postanowiłam zrobić sobie Green Smoothie, którego od bardzo dawna nie piłam. Trzeba jednak pamiętać o proporcji 60/40 warzyw do owoców- choć ja nie zawsze trzymam się tej zasady ;)
Zblendowałam sobie garstkę baby szpinaku z 2 listkami zwykłej sałaty i pół szklanki wody mineralnej; następnie dorzuciłam pół łodyżki selera naciowego, pół kiwi, pół banana, kawałek limonki i 3 listki świeżej mięty- zblendowałam na gładką masę, przelałam do szklanki, włożyłam grubą słomkę i VOILA!
Smaczne; zdrowe; istna bomba witaminowa; oczyszcza z toksyn; a kaloryczność nie jest tutaj grzechem (pomimo dodania banana)
Polecam, bo choć brzmi ohydnie to jednak jest jadalne, sycące i pyszne :)
Oczywiście można tworzyć inne zestawienia np: z awokado, z jabłkiem, z mieszanką sałat, zamiast wody to jogurt naturalny, można dla osłody dodać miodu, jakieś orzechy, ogórek, truskawki.. jest niezliczona ilość kombinacji, wszystko zależy od upodobań :)

Hm, chyba zaraz obejrzę sobie jakiś horror, bo coś mnie naszło na film. Potem zrobię kolejne Green Smoothie i to będzie koniec na dziś :)

Ach! Dodam jeszcze, że Green Smoothie smaczny jest gdy jest zimny, więc sugeruję aby na podczas przyrządzania go- schować szklankę do zamrażalki, by można było przelać wszystko do chłodnego naczynia ;)


BILANS NA DZIŚ:
* kawa
* szklanka 330ml świeżo wyciśniętego soku z pomarańczy- ok. 135kcal
* 3 łodygi selera naciowego- 18kcal  (zjedzone w szkole)
* woda, woda z miętą, ogólnie dużo wody
* 2 Green Smoothie- 234kcal
KONIEC.

   skład na 1 porcję GS [ok. 116kcal] :
             ^ garstka młodego szpinaku  [ok. 5kcal]
             ^ 2 listki zwykłej sałaty  [ok. 3kcal]
             ^ pół szklanki wody mineralnej  
             ^ 1/2 łodygi selera naciowego  [ok. 4kcal]
             ^ 1/2 banana  [ok. 70kcal]
             ^ 1/2 kiwi  [ok. 25kcal]
             ^ 1/4 limonki  [ok. 7kcal]
             ^ 3 listki świeżej mięty  [ok. 2kcal]

Trzymajcie się i nie poddawajcie! :*




środa, 5 lutego 2014

#6

Drop it low!
No tak, dzisiaj znowu nie było mi dane dotrzeć do szkoły. Kiedy byłam już na tradycyjnym porannym szlugu przed szkołą, akurat spotkałam moją grupkę ludzi. Od razu na dzień dobry dostałam zaproszenie na piwko, winko i co tam sobie tylko zażyczę. Nie mogłam odmówić, jak usłyszę słowo WINO, to nie ma przebacz jestem już kupiona. Tak też, wypaliliśmy i od razu pognaliśmy do znajomego domu.

Dziś wrócił mi humor, stałam się znowu tą uśmiechniętą, nieskazitelnie ubraną i (w końcu!) umalowaną dziewczyną. Dzisiaj nie byłam już tą mazepą z przed ostatnich dni. Pewnie to zasługa tego, że wczoraj dosyć mocno pojadłam; a może dlatego że szłam się napić i choć przez chwilę zapomnieć o tych wszystkich nędznych kreaturach siedzących w mojej głowie, które to na nowo zrzucają mi bombę w postaci miliarda myśli? Nie ważne.. ważne jest to, że dobrze się bawiłam! Wytańczyłam się ze znajomymi do dancehallowych rytmów i pewnie jutro nie będę czuła nóg. Ale to dobrze, mam nadzieję, że choć trochę kalorii zostało zrzuconych.

Pomimo tego, że wlewałam w siebie alkohol, to pamiętałam że jest on kaloryczny, więc nie jadłam wszystkiego co popadło.


BILANS NA DZIŚ:
* 2 butelki różowego wina
* 3 szklanki Ballantines
* 2 łodyżki selera naciowego
* 1/2 granatu
* mocna kawa
* papieros goniący kolejnego
KONIEC.

Co do dietki to posłucham się was, i zacznę 500kcal złożoną głównie z surowych warzyw i owoców :)
Dzisiaj, niechętnie, ale daruję sobie ćwiczenia (zrobię tylko przysiady).

Buźka Chudzinki!



wtorek, 4 lutego 2014

#5

Nie wierzę! Jak mogłam!?
Dziś nie było mnie w szkole, znowu.. wiem. Ale pomimo tego, że nastrój nie pozwolił mi ruszyć tłustego sadła z domu do szkoły, postanowiłam że przejadę się chociaż po książkę. Oczywiście, jak pech to pech, za każdym razem kiedy jadę po lekturę Harukiego Murakami, to nie znajduję jej (to już moje 3 podejście do kupna).. a nawet jeśli znajdę to mają wydanie pocket, którego nie znoszę.
Wróciłam do ciepłego domu, przebrałam się w wygodne rzeczy, poszłam do kuchni i zrobiłam sobie kawę.. kawę czekoladową! za którą pluję sobie teraz nieziemsko w brodę! Siedząc z papierosem na tarasie patrzyłam na moje sine od mrozu ręce.. zastanawiałam się dlaczego większość moich myśli, zajmują akurat te o tym jaka to chciałabym być szczupła, z pięknie wyrzeźbionym i chudym brzuchem, o tych niesamowitych nogach, które nie byłyby dwiema kiełbasami.. o tym jak cudownie będę się czuć, kiedy dotrę w końcu do celu.. powinnam zamiast tego przejmować się wieloma innymi rzeczami.. zdrowiem które ostatnio mniej dopisuje, bo serce znowu  mnie okropnie boli i kołacze, ale nie pójdę z tym do kardiologa, bo byłam nie raz i znam przyczynę.. może w końcu powinnam zainteresować się maturą? bo rozszerzenie biologii i chemii samo się nie napisze, a na kierunek farmacji nie jest łatwo się dostać.. może zadzwoniłabym do koleżanki, która ostatnio ma gorszą sytuacje w rodzinie.. mogłabym tak wymieniać i wymieniać;

Po południu wzięłam się za ćwiczenia, zajęło mi to dwa razy tyle co w poprzednich dniach, z tym że doszły do tego zawroty głowy i bezdech.. ale wytrwałam i zrobiłam wszystko co miałam zrobić.
Później położyłam się, bo wysiłek fizyczny zabrał mi resztkę dzisiejszych sił. O dziwo, nic mi się nie przyśniło.
Obudził mnie telefon od mamy, oczywiście powiedziałam jej że wszystko dobrze, że jem, że nie zawalam nauki, że tęsknie.. Po tym telefonie chciałam zrobić sobie filiżankę zielonej herbaty. Nie wiem czemu.. naprawdę, nie mam najmniejszego pojęcia co mnie pokusiło żeby otworzyć szafkę ze słodyczami!! Zajrzałam do niej, wyjęłam kokosową czekoladę.. pomyślałam sobie 'Otworzę, ale tylko powącham. Nie będę jeść'. Taaak, oczywiście. Wchłonęłam ją całą, nawet nie wiem kiedy. Ale to nie koniec, następnie sięgnęłam po zupkę chińską.. i co?! I ZJADŁAM JĄ!! Ale to nie wszystko, doprawiłam to 2kanapkami z camembertem, sałatą i pomidorem oraz jedną ze świeżymi listkami szpinaku i wędzonym łososiem. Jak wielkie prawdziwe prosie, rzuciłam się na jedzenie tak jakbym znalazła wodę na środku pustyni nie pijąc przez 5dni.
I choć po zjedzeniu tych mocno kalorycznych rzeczy, nabrałam sił, to jednak nie daruję sobie, że na 5 dniu głodówki, tuż przy samej mecie wyzwania, ZAWALIŁAM.. Uczucie rozczarowania, żenady, smutku i obrzydzenia samym sobą pętliły mi się w głowie..

Nie wiem... nic już nie wiem.. czy mam od jutra zacząć od początku? czy zwiększyć wysiłek aby to spalić? moja samoocena spada. Dzisiejsza porażka dała mi do zrozumienia, że nie osiągnę żadnego z życiowych celów jakie sobie postawiłam, skoro nie mogę przetrwać głupich 7dni bez jedzenia..



BILANS:
* zupka chińska
* 2 kanapki: camembert, pomidor, sałata
* 1 kanapka: wędzony łosoś, kilka listków młodego szpinaku
* kawa czekoladowa
* czekolada kokosowa
* filiżanka zielonej herbaty
* woda z miętą i limonką
KONIEC.